Rower – lekarstwo na wszystko!

Jeden na emeryturze – szukał lekarstwa na nudę i przybywające kilogramy, drugi aktywny zawodowo – szukał lekarstwa na bóle kolan i pleców. Kazimierz Trubicki i Leszek Kulczycki, obaj ze Ścinawy, od kilku lat jeżdżą na rowerach, pokonują kolejne kilometry i jak zapewniają, dwa koła sprawiają, że czują się świetnie! Kolarze – amatorzy ze Ścinawy właśnie wrócili z tygodniowego rajdu, którego głównym celem była nadmorska Ustka.

O początkach rowerowej pasji
Panowie jeżdżą od kilku lat, Kazimierze Trubicki szukał sposobu na aktywne spędzanie wolnego czasu, odnalazł go właśnie w rowerowych przejażdżkach. Uczciwie przyznaje, że pierwszy wyjazd zakończył w Zaborowie (8 kilometrów od Ścinawy) i potrzebował pomocy, by wrócić do domu. Z biegiem czasu kondycja i umiejętności poprawiły się na tyle, że obecnie pokonuje jednorazowo dystanse zdecydowanie powyżej 100 kilometrów, a waga jego ciała poszła o 20 kilogramów w dół.
Z kolei Leszek Kulczycki miał problemy ze zdrowiem, z racji wykonywanej pracy bolały go kolana i plecy, lekarze nie dawali mu szans na poprawę, radzili przyjmować leki i … nauczyć się z tym żyć. Okazało się, że skuteczne lekarstwo na dolegliwości stoi w piwnicy, a rower pozwolił Kulczyckiemu wygrać nie tylko z bólem, ale i własnymi słabościami. Rekord – 303 kilometry jednego dnia, z dedykacją dla lotników z Dywizjonu 303, bo wszystko zbiegło się z okrągłą rocznicą Bitwy o Anglię.

Sprzęt
Jest ważny. Kiedy planuje się dłuższy wyjazd, należy dobrze dobrać sprzęt. Plecaki odpadają! – Kiedy w zeszłym roku pojechałem rowerem MTB do Pragi, a najpotrzebniejsze rzeczy spakowałem do plecaka, wróciłem obolały i z ranami – zdradza Kazimierz Trubicki. – Teraz już wiem, że rower musi mieć bagażnik, do którego należy przymocować specjalne torby na sprzęt i ubrania. Zmieniłem też sam rower, który jest połączeniem szosowego i górskiego – dodaje.
Z kolei Leszek Kulczycki stawia na sprawdzone rozwiązania: – Jeżdżę rowerem, który ma już 30 lat i nigdy nie zawiódł. Dobrze się na nim czuję i dzięki przejechanym kilometrom mam zaufanie do sprzętu. To dobry rower, choć kilka osób już próbowało mnie przekonać do wymiany, pozostaję mu wierny – podkreśla.

Pomysł na wyjazd do Ustki
Narodził się dość spontanicznie, początkowo nasi bohaterowie mieli jechać w dwóch oddzielnych grupach, ponieważ prezentują dwa odmienne style: Kulczycki jeździ rzadziej, ale pokonuje dłuższe odcinki, Trubicki siada na rower częściej, ale odcinki, które realizuje, są krótsze. Systematycznie wykruszali się inni chętni i dwóch tylko zdecydowało się na wyjazd. Postanowili połączyć więc siły i dostosować przejazd do swoich umiejętności, by obaj odczuwali frajdę.

Przygotowania do długiej drogi
Okazuje się, że sprzęt można było bez problemu przygotować w kilka dni, dłużej trwało wytrenowanie własnego ciała, by podołało obciążeniom. Rowerzyści przyznają, że nie mają problemów z kondycją, natomiast kilka dni dłuższego obcowania z siodełkiem sprawiło, że jadąc marzyli, by usiąść w wodzie z lodem. Kryzys trwał jednak 2 dni, a wszystko wynagrodziły przygody!

Przygody
Te w trasie zdarzały się codziennie. Od poszukiwań miejsca noclegowego, co odbywało się trochę losowo, po drogi które się kończą, bądź okazują się piaskowymi traktami, w których zakopują się koła. – Najbardziej ekstremalna przygoda jaka się nam przydarzyła, to oczywiście nawałnica w okolicach Gorzowa. Żona kazała mi zejść z roweru i wracać innym środkiem transportu – zdradza Kazimierz Trubicki. – Wytrzymaliśmy jednak i fajnie się złożyło, bo strażacy praktycznie na bieżąco przed nami usuwali powalone na drogę drzewa – uzupełnia.

Trasa
Wystartowali 6 czerwca spod ścinawskiego ratusza. Pierwszego dnia pokonali blisko 186 km! W trzy dni byli w Ustce, początkowo towarzyszyła im piękna pogoda i oczywiście niezapomniane widoki. Z Ustki wyruszyli do Międzyzdrojów i przetestowali nadmorskie trasy rowerowe. Wracali przez Gorzów Wielkopolski i właśnie wtedy doszło do załamania pogody. Do Ścinawy dotarli 13 czerwca, zadowoleni, dumni… a 14 czerwca Leszek Kulczycki znów wsiadł na rower i pokonał 122 kilometry, tak zakończył tygodniowy urlop: – Żona poszła na pielgrzymkę, więc co miałem robić sam w domu?! Wsiadłem na rower i aktywnie wykorzystałem ostatni dzień urlopu, w poniedziałek wróciłem do pracy – relacjonuje. – Z kolei ja, po tygodniowej nieobecności, spędziłem ten czas z żoną. Też jej się coś należy za wyrozumiałość – mówi Kazimierz Trubicki.

Współpraca, motywacja
– Szczególnie nie musieliśmy się motywować, bo lubimy to robić. Ale naturalnie musieliśmy współpracować. Kazika rozbolało kolano i nie mogliśmy przez pewien czas forsować tempa, nie dlatego, że by nie wytrzymał, ale następnego dnia nie wsiadłby na rower i nasza wycieczka by się skończyła – tłumaczy Leszek Kulczycki. Na szczęście ból minął i ścinawscy cykliści mogli dokończyć wyprawę.

Bezpieczeństwo na trasie
Z tym niestety bywa różnie. Cykliści przyznają, że jadąc na drugi koniec Polski należy liczyć się z pokonywaniem różnych odcinków. Bywają trasy mniej i bardziej ruchliwe, a na nich mniej i bardziej uważni kierowcy. – Najbardziej utrudniają jazdę rozpędzone TIR-y, sam hałas jest mało komfortowy, do tego dochodzą podmuchy wiatru i fantazja prowadzących. Niektórzy mijają rowerzystów o kilka centymetrów, to mało poważne – przyznaje Kazimierz Trubicki.

Ścinawska ścieżka rowerowa
Jak cały projekt oceniają nasi cykliści? – Cały projekt jest świetny! Ścieżka połączy Ścinawę z Prochowicami, dalej pojedziemy do Lubiąża, Wołowa. Już dziś jest gdzie pojeździć, odcinek pomiędzy naszym miastem a Wielowsią spokojnie wystarczy, by zacząć regularnie jeździć – przyznaje Leszek Kulczycki. – Trasa jest doskonała, a pomysł rewelacyjny, będzie mi łatwiej namówić żonę, by towarzyszyła w wyprawach. Co prawda ścieżka nie została jeszcze oddana do użytku i brakuje choćby barier w miejscach przejazdów przez drogę powiatową, ale można się zrelaksować i cieszyć oczy pięknymi widokami, oczywiście pokonywać też kolejne kilometry – uzupełnia Kazimierz Trubicki. Ścinawska ścieżka będzie im służyła w najbliższym czasie, ponieważ na kolejną dużą wyprawę wybiorą się najpewniej za rok. – Chociaż kto wie, może uda się coś wcześniej zorganizować? – puszcza oko Leszek Kulczycki.

Foto: Leszek Kulczycki